Pierwsza wyprawa rowerowa rozstrzyga się przy stole z mapą, zanim w ogóle wyjmiesz rower z piwnicy. Większość wpadek, które kończą się telefonem po podwózkę do domu, nie wynika z jednego błędu, tylko z kumulacji trzech rzeczy naraz: dystans dobrany tak, jakby sakwy nic nie ważyły, nocleg rzucony na ostatnią chwilę i całkowity brak planu na sytuację, w której coś nie idzie zgodnie z założeniem. Planowanie wymaga chłodnego oka – odłożenia emocji i popatrzenia na trasę tak, jak patrzy się na grafik zadań, a nie na katalog wakacyjnych marzeń. Dystans z sakwami to nie dzienny przebieg treningowy, a nocleg w programie „Zanocuj w lesie” działa tylko wtedy, gdy wiesz, gdzie szukać wyznaczonych obszarów i co zrobić, gdy akurat tam nie dojedziesz.
Ile kilometrów dziennie, czyli pierwsza korekta planu
Najczęstszy błąd na etapie planowania to przeniesienie dziennego dystansu z jazdy bez bagażu. Na treningu przejeżdżasz 80-100 km po asfalcie i czujesz się dobrze, więc zakładasz podobny wynik na trasie z sakwami. Rzeczywistość wygląda inaczej. Bagaż o wadze 12-15 kg zmienia rozkład masy na rowerze, a szutrowa nawierzchnia stawia większy opór niż asfalt. Do tego dochodzą postoje na zaopatrzenie, które na nieznanej trasie potrafią zająć więcej czasu niż sama jazda między miejscowościami.
Druga rzecz, której nie widać z mapy, to kumulacja zmęczenia. Pierwszego dnia jedziesz na świeżości, ale trzeciego dnia te same 70 km kosztuje więcej wysiłku, bo organizm nie zdążył się zregenerować. Dzienny dystans na pierwszej wyprawie z bagażem warto skrócić o 30-40% względem tego, co przejeżdżasz bez obciążenia. Jeśli na lekkim rowerze Twoja norma to 100 km, z sakwami celuj w 60-70 km, a na szutrze w 40-50 km.
Pierwszy i ostatni dzień planuj krócej niż resztę. Na starcie potrzebujesz czasu, żeby rozłożyć rytm, sprawdzić, czy nic nie obciera, i skorygować ustawienie bagażu. Ostatniego dnia zwykle goni Cię pociąg, odbiór samochodu albo po prostu chcesz wrócić przed zmierzchem. Nie dziel łącznego dystansu przez liczbę dni – planuj każdy dzień osobno, patrząc na przewyższenia, dostępność sklepów i długość odcinków bez możliwości skrócenia trasy.
Nocleg w lesie: co wolno w ramach programu Zanocuj w lesie
Przy doborze samej trasy pomoże zestawienie pięciu tras bikepackingowych w Polsce. Program Lasów Państwowych „Zanocuj w lesie” to najczęściej przywoływana podstawa noclegów na dziko, ale też najczęstsze źródło nieporozumień. Obszar objęty programem to ponad 600 tysięcy hektarów w 425 nadleśnictwach na terenie całego kraju. Nie oznacza to jednak, że można rozbić namiot w dowolnym lesie – wyznaczone strefy znajdziesz na mapie dostępnej na stronie programu i tylko tam możesz legalnie nocować.
Grupy do 9 osób nocują bez zgłoszenia, maksymalnie 2 noce z rzędu w jednym miejscu. Jeśli planujesz zostać dłużej albo jedziesz w większym składzie, musisz wysłać zgłoszenie mailem do nadleśnictwa i uzyskać jego akceptację. Nie ma tu wyjątków – nadleśnictwo ma prawo odmówić, a obszary bywają czasowo wyłączane ze względów bezpieczeństwa, na przykład podczas prac leśnych albo w sezonie zagrożenia pożarowego.
Otwarty ogień jest zabroniony poza miejscami do tego wyznaczonymi, a ognisko na obszarze programu odpada. Z kuchenką gazową sprawa jest bardziej złożona, niż się zwykle powtarza: wolno jej używać tylko na tych obszarach, na których dopuściło ją nadleśnictwo, i tylko pod stałym nadzorem. Przy trzecim, czerwonym stopniu zagrożenia pożarowego zakaz obejmuje również kuchenki. Informację o tym, co obowiązuje na konkretnym terenie, nadleśnictwo publikuje na swojej stronie. Sprzęt biwakowy nie może niszczyć drzew, krzewów ani runa leśnego – w praktyce oznacza to, że nie wbijasz śledzi w korzenie i nie wycinasz gałęzi pod hamak. Miejsce zostawiasz w takim stanie, w jakim je zastałeś, bez śladu po namiocie.
Biwak dokłada wagi, i to sporo. Namiot, śpiwór i karimata to najcięższe elementy bagażu, potrafią ważyć łącznie od 3 do 5 kg. Jeśli planujesz noclegi w lesie, te kilogramy musisz uwzględnić w limicie, który bierzesz na rower. Nie da się ich zrzucić przez lżejszą kurtkę czy mniejszą liczbę koszulek.
Schroniska, hostele i nocleg u ludzi
Schroniska PTTK to najprostsza alternatywa dla namiotu, szczególnie w górach. Ceny są zależne od standardu pokoju i konkretnego schroniska – rozpiętość sięga od około 30 zł za miejsce w sali wieloosobowej do ponad 200 zł za osobę w pokoju z łazienką. Członkowie PTTK z opłaconą składką i kartą rabatową dostają 20% zniżki. W sezonie letnim i w weekendy rezerwuj miejsce z wyprzedzeniem, bo schroniska na popularnych szlakach wypełniają się szybko.
Największą zaletą schroniska jest suszarnia. Po całym dniu w deszczu możliwość wysuszenia ubrań i butów przed następnym etapem jest warta więcej niż prysznic. Na trasie kilkudniowej suche rzeczy to nie luksus, tylko warunek uniknięcia otarć i wychłodzenia.
Hostele i noclegi prywatne są droższe, ale przy dłuższych trasach dostęp do pralki i prysznica staje się praktyczną koniecznością. Po trzech dniach jazdy w tych samych spodenkach rowerowych warto zrobić pranie, nawet jeśli podnosi to koszt noclegu o 20-30 zł. W wielu miejscach można też zostawić część bagażu na przechowanie i zrobić jednodniową pętlę bez obciążenia.
Warmshowers, czyli sieć gościnności rowerowej, działa na całym świecie i w wielu starszych poradnikach wciąż figuruje jako bezpłatna. Obecnie obowiązuje jednorazowa opłata rejestracyjna w wysokości 30 dolarów, a dostęp przez aplikację można też wykupić w subskrypcji miesięcznej lub rocznej. Gospodarze oferują nocleg za darmo, ale opłata za wejście do sieci jest obowiązkowa i nie podlega zwrotowi.
Bagaż: co waży najwięcej i z czego można zrezygnować
Jeśli rozłożysz bagaż na części, hierarchia wagi wygląda następująco: na pierwszym miejscu system do spania, potem woda, potem narzędzia i zapasowe części, a na końcu ubrania. Woda to najcięższa rzecz, którą wozi się bez potrzeby – litr waży kilogram, a bidon to nie zbiornik retencyjny. Jeśli na trasie co 20-30 km mijasz sklep albo źródło, nie musisz wieźć trzech litrów na zapas.
Ubrania na zmianę są najczęściej dublowane. Druga para spodenek rowerowych ma sens przy jeździe powyżej trzech dni, ale trzecia koszulka albo zapasowa bluza już nie. Pakujesz, ważysz worek z ubraniami, a potem wykładasz z niego jedną trzecią. To działa zaskakująco dobrze: prawie zawsze okazuje się, że połowa wyjętych rzeczy to asekuracja na okazję, która na trasie się nie zdarza.
Narzędzia ważą mniej niż woda i śpiwór, ale nie można z nich zrezygnować. Multitool, dętka zapasowa, pompka i łyżki do opon to minimum, które ratuje wyjazd, gdy do najbliższego sklepu rowerowego jest 40 km. Rozłożenie masy opisałam osobno, w tekście o torbach bikepackingowych. Rozłożenie masy na rowerze – między sakwy, ramę i kierownicę – to osobny temat, opisany szczegółowo w tekście o torbach. Tam znajdziesz przeliczenia, ile kilogramów powinno iść na przód, a ile na tył.
Awarie i sytuacje, w których plan przestaje działać
Przed wyjazdem przygotuj cztery rzeczy. Po pierwsze, podstawowy zestaw naprawczy i umiejętność złapania dętki – nie na filmie instruktażowym, tylko na zimno, własnymi rękami, w garażu. Na trasie pierwsza przebita dętka zdarza się zwykle w deszczu i daleko od zadaszenia, a wtedy liczy się wyłącznie pamięć mięśniowa.
Po drugie, plan wyjścia z trasy. Co 20-30 km powinna pojawiać się miejscowość z przystankiem albo stacją kolejową, z której da się wrócić, jeśli pogoda albo kolano powiedzą dość. Trzymaj tę listę w telefonie albo na kartce – gdy nawigacja padnie, nie będziesz szukać połączeń na wyczerpanej baterii.
Po trzecie, zapas energii dla telefonu. Nawigacja zjada baterię szybciej, niż się spodziewasz, szczególnie w terenie, gdzie telefon stale przeszukuje sieć. Powerbank o pojemności 10 000 mAh wystarczy na dwa pełne ładowania, a to zwykle daje bufor na jeden dzień awaryjny.
Po czwarte, kontakt do kogoś, kto zna Twój plan. Wyślij trasę z podziałem na dni, zaznacz planowane noclegi i ustal godzinę, po której ta osoba alarmuje służby, jeśli nie dasz znaku. Pogoda i kontuzja to dwa najczęstsze powody skrócenia wyprawy i oba są przewidywalne na etapie planowania. Przygotowanie wyjścia awaryjnego nie jest oznaką braku odwagi – to oznaka, że traktujesz trasę poważnie.
