Jeździsz od kilku sezonów, masz pracę, rodzinę i na rower zostaje Ci 4 do 8 godzin tygodniowo. Sobotnia grupówka, dwa razy w tygodniu po pracy godzinna jazda i myślisz, że to wystarczy, żeby z roku na rok jechać szybciej. Problem w tym, że po pierwszym sezonie postępy zwalniają, a potem stają w miejscu. Nie dlatego, że za mało jeździsz – tylko dlatego, że jeździsz w ten sam sposób. Przy ograniczonej liczbie godzin każda jednostka musi mieć cel, a nie być tylko przejechaniem kilometrów. Poniżej pokazuję, jak zmienić myślenie i ułożyć tydzień, żebyś faktycznie się rozwijał.
Dlaczego sam wolumen przestaje działać
Spójrz na swój typowy tydzień. Sobota: wyjazd z grupą, na którym tempo od początku jest wysokie, a na każdej górce robi się wyścig. Wtorek i czwartek: po godzinie w średnim tempie, bo chcesz „coś zrobić”, ale nie masz siły na interwały. W sumie 5-6 godzin, wszystkie w strefie umiarkowanej – tempie, w którym oddychasz szybciej niż na spokojnej jeździe, ale nie na tyle, żebyś musiał zwolnić. To najczęstszy wzór, jaki widzę u kolarzy, którzy przychodzą do mnie po pierwszy plan treningowy.
Problem nie leży w liczbie godzin, tylko w ich rozkładzie intensywności. W tej „szarej strefie” – między spokojną jazdą a intensywnym wysiłkiem – organizm dostaje bodziec, który nie jest ani wystarczająco silny, żeby wywołać adaptację wydolnościową, ani wystarczająco lekki, żeby pozwolić na regenerację. Mięśnie i układ krążenia przyzwyczajają się do tego tempa i przestają reagować. Efekt? W drugim sezonie jedziesz te same czasy na tych samych podjazdach, a puls i subiektywne odczucie wysiłku się nie zmieniają.
Zatrzymanie rozwoju przy takim układzie jest przewidywalne. Brakuje w nim dwóch rzeczy: dni, w których jedziesz tak wolno, że czujesz się głupio, i dni, w których jedziesz tak mocno, że po 20 minutach marzysz o końcu. Bez tego Twoje ciało nie ma powodu, żeby budować nowe naczynia włosowate, zwiększać pojemność minutową serca ani podnosić progu mleczanowego. Przy 4-8 godzinach tygodniowo nie chodzi o więcej jazdy, tylko o lepsze rozłożenie intensywności.
Polaryzacja, czyli rozjechanie intensywności
Model polaryzacji treningowej, opisany przez Stephena Seilera, zakłada, że około 80% sesji odbywa się w niskiej intensywności, a około 20% w wysokiej. To, co leży pomiędzy, czyli strefa średnia, ma być absolutnym minimum. Model opisano u sportowców trenujących znacznie więcej niż 4-8 godzin tygodniowo, więc u amatora traktuj go jako wskazówkę, a nie sztywną regułę. Przy małej liczbie godzin ma jednak sens, bo nie stać Cię na jednostki, które męczą, ale nie dają konkretnego bodźca.
Lekka jazda (tempo, w którym swobodnie rozmawiasz) nie generuje głębokiego zmęczenia mięśniowego ani centralnego. Po takiej jeździe możesz następnego dnia stanąć na start interwałów i dać z siebie wszystko. Gdybyś zamiast tego wcisnął średnie tempo, do następnej jednostki wszedłbyś bardziej zmęczony, a jakość ciężkiej sesji mogłaby spaść.
Przy 4 godzinach w tygodniu oznacza to, że na jedną jednostkę intensywną przypada około 3 godzin jazdy w niskiej strefie. Przy 8 godzinach możesz dodać drugą ciężką sesję, ale wciąż większość jazdy zostaje lekka. Podział 80/20 nie jest sztywną regułą, ale przy ograniczonym czasie trzymanie się go daje więcej niż kombinowanie. U kolarzy, którzy zaczynają trenować w ten sposób, pierwsze wyraźne zmiany widzę po kilku tygodniach, a nie po sezonie.
Druga strefa: dlaczego wydaje się za wolna
Najczęstsza rzecz, którą słyszę od podopiecznych: „Jadę 25 km/h, a czuję, że mógłbym jechać 30. To na pewno ma sens?” Ma, ale efekt nie przychodzi po jednym treningu. W drugiej strefie (tempo poniżej pierwszego progu, przy którym swobodnie mówisz pełnymi zdaniami) organizm przede wszystkim zwiększa gęstość naczyń włosowatych w mięśniach i poprawia zdolność wykorzystania tłuszczu jako źródła energii. To adaptacje, które wymagają tygodni regularnej jazdy.
Problem w tym, że jeżdżąc w grupie prawie zawsze wychodzisz z tej strefy. Ktoś przyspiesza na płaskim, na zjeździe trzeba utrzymać kontakt, a na podjeździe tempo grupy podbija Ci tętno o 10-15 uderzeń. Dlatego lekkie jednostki lepiej robić samemu. Nie musisz patrzeć na komputer co sekundę – wystarczy, że jedziesz na tyle wolno, żebyś po 60 minutach miał wrażenie, że mógłbyś jechać kolejną godzinę bez wysiłku.

Uważaj tylko na jedno: na podjazdach utrzymanie drugiej strefy często wymaga absurdalnie wolnej kadencji albo jazdy na najlżejszym przełożeniu, co mija się z celem, bo tracisz płynność ruchu. Lepiej wybrać płaską lub lekko pofałdowaną trasę, gdzie możesz kręcić równym tempem bez gwałtownych skoków mocy. W Beskidach, gdzie jeżdżę, oznacza to szukanie odcinków w dolinach – spokojna godzina na płaskim da Ci więcej niż dwie godziny na górkach, z których połowę spędzisz w strefie średniej.
Jednostki intensywne: co i ile
Intensywna część to około 20% tygodnia, czyli przy 4 godzinach – około 45-50 minut czystej pracy wysokiej intensywności, wliczając w to rozgrzewkę i schłodzenie. W tym czasie stawiam na trzy typy odcinków, każdy z innym zastosowaniem i innymi wymaganiami regeneracyjnymi:
| Typ odcinka | Dawka | Przerwa | Kiedy |
|---|---|---|---|
| Przy progu mleczanowym | 2-3 × 10-15 min lub 4 × 8 min | 5-8 min | na start, przy małej objętości |
| Powyżej progu (VO2max) | 4-6 × 3-5 min | równa czasowi pracy | gdy chcesz podnieść pułap tlenowy |
| Krótkie szarże | 30 s – 2 min | pełna | dopiero z bazą i jednym typem interwałów w nogach |
Odcinki przy progu to dobry wybór na start. Łatwiej je znieść psychicznie niż interwały VO2max. W badaniu na rekreacyjnych kolarzach (Seiler i współpracownicy, 2013) przy podobnym obciążeniu najlepiej wypadły interwały 4 × 8 minut przy około 90% tętna szczytowego, lepiej niż 4 × 16 minut i 4 × 4 minuty, więc dłuższy odcinek nie znaczy lepszy. W praktyce wygląda to tak: po solidnej rozgrzewce (20-30 minut w drugiej strefie) jedziesz 10-15 minut na mocy, przy której pracujesz ciężko, ale utrzymujesz równą kadencję i nie „pływasz” na rowerze. Drugie i trzecie powtórzenie powinny być zbliżone czasem i mocą do pierwszego – jeśli spadasz o więcej niż 5%, znaczy, że zacząłeś za mocno.
Odcinki powyżej progu są bardziej wymagające i zostawiają większe zmęczenie. Przy 4 godzinach tygodniowo nie kombinuj z oboma typami w jednym tygodniu – wybierz jeden i trzymaj się go przez 3-4 tygodnie, zanim zmienisz. Krótkie odcinki dodawaj tylko wtedy, gdy masz już solidną bazę lekkich jazd i jeden typ interwałów w nogach. W przeciwnym razie ryzykujesz przetrenowanie bez realnego zysku.
Jak ułożyć tydzień przy czterech i przy ośmiu godzinach
Szkielet tygodnia zależy od liczby godzin, ale zasada jest w obu wariantach taka sama: jedna sesja, w której naprawdę naciskasz, reszta to regeneracyjna i budująca baza.
4 godziny: trzy jednostki
- Wtorek – jednostka intensywna, po dniu odpoczynku.
- Środa – lekka jazda, 60-75 minut.
- Sobota lub niedziela – dłuższa lekka jazda, 90-120 minut, wciąż w drugiej strefie.
Weekendowy wyjazd z grupą traktuj wtedy jako trening intensywny i nie dodawaj do niego drugiej ciężkiej sesji w tym samym tygodniu. Jeśli w sobotę jedziesz grupówkę, zamień wtorkową jednostkę intensywną na lekką jazdę.
8 godzin: cztery-pięć jednostek
Dwie z nich mogą być intensywne – jedna progowa, druga powyżej progu, ale rozdziel je co najmniej dwoma dniami lekkiej jazdy:
- Poniedziałek – odpoczynek.
- Wtorek – lekka jazda, 60 minut.
- Środa – interwały progowe.
- Czwartek – lekka jazda, 60 minut.
- Piątek – odpoczynek.
- Sobota – dłuższa lekka jazda, 2-2,5 godziny.
- Niedziela – interwały powyżej progu, krótsze, ale mocniejsze.
Weekendowy wyjazd z grupą wpisujesz w sobotę lub niedzielę, ale wtedy przesuń jedną z intensywnych jednostek na inny dzień. Grupówka na pełnym gazie plus oddzielne interwały w tym samym tygodniu to proszenie się o przetrenowanie.
W obu wariantach stosuję zasadę trzech tygodni pracy i jednego lżejszego. W lżejszym tygodniu zmniejszasz objętość o 30-40% i usuwasz jednostki intensywne. Przy życiu zawodowym i rodzinnym ten rytm często się rozjeżdża – wyjazd służbowy, choroba dziecka, zmęczenie po ciężkim tygodniu w pracy. To normalne. Nie walcz z kalendarzem, tylko przesuń cały cykl o tydzień. Lepiej zrobić trzy solidne tygodnie i jeden lżejszy później, niż upierać się przy sztywnym planie i wpaść w dołek.
Czego amatorzy nie robią, a powinni
Poza rowerem największą stratą wśród kolarzy z ograniczonym czasem jest zaniedbanie trzech rzeczy, z których żadna nie wymaga dodatkowych godzin w siodle.
Sen
Za krótki sen pogarsza regenerację i jakość kolejnych treningów. Postaraj się spać co najmniej 7 godzin na dobę – to najsilniejszy środek regeneracyjny, jaki masz, i nie kosztuje ani złotówki.
Jedzenie na dłuższych jazdach
Pół godziny przed wyjazdem zjedz bułkę z dżemem albo banana, a na trasie, jeśli jedziesz dłużej niż 90 minut, dostarczaj 30-60 gramów węglowodanów na godzinę w postaci żelu, batona lub izotonika. Bez tego szybko spada moc i rośnie zmęczenie.
Praca poza rowerem
Ruchomość w stawie biodrowym i skokowym oraz wytrzymałość siłowa mięśni tułowia i nóg. Zimą, gdy jazda na zewnątrz jest ograniczona, wrzuć dwa treningi siłowe w tygodniu – martwy ciąg na jednej nodze, przysiad bułgarski, plank i wiosłowanie. Przy 4-8 godzinach roweru w tygodniu efekty liczy się w sezonach, nie w tygodniach. Cierpliwość i konsekwencja, a nie sprint na początku kwietnia, decydują o tym, jak pojedziesz we wrześniu. Zasady wyznaczania stref opisałem osobno w tekście o strefach tętna.
W skrócie
- Przy 4-8 godzinach tygodniowo problemem nie jest liczba godzin, tylko to, że wszystkie lądują w szarej strefie.
- Podział 80/20: lekkie jazdy samemu i na płaskim, jedna (przy 4 h) albo dwie (przy 8 h) jednostki intensywne w tygodniu.
- Na start interwały przy progu: 2-3 × 10-15 minut z przerwą 5-8 minut albo 4 × 8 minut. Jeden typ interwałów przez 3-4 tygodnie, potem zmiana.
- Grupówka na pełnym gazie liczy się jako jednostka intensywna – nie dokładaj do niej osobnych interwałów.
- Trzy tygodnie pracy, jeden lżejszy (objętość -30-40%). Gdy życie rozjeżdża plan, przesuń cykl o tydzień.
- Sen co najmniej 7 godzin, 30-60 g węglowodanów na godzinę powyżej 90 minut jazdy, zimą dwa treningi siłowe.

