Jak jeździć szybciej pod górę

· · 8 min czytania
podjazdy bez tajemnic

Jeździsz pod górę i czujesz, że mógłbyś szybciej, ale tempo siada w połowie wzniesienia, a na stromiznach łapie cię zadyszka? To nie kwestia sprzętu ani genów – przynajmniej nie na amatorskim poziomie. Przez dwanaście lat pracy z kolarzami widziałem, że największe rezerwy leżą w tym, jak rozkładasz wysiłek, jak dobierasz przełożenie i czy w ogóle pracujesz nad wytrzymałością siłową poza rowerem. Poniżej przechodzę przez pięć obszarów, które realnie przesuną twoje czasy na podjazdach, bez czarów i bez kupowania lżejszych kół.

Co decyduje o tempie na podjeździe

Na płaskim aerodynamika potrafi schować braki mocy, ale pod górę liczy się jedno: stosunek watów do kilogramów masy całkowitej, czyli ciebie plus roweru. Każdy dodatkowy kilogram – własnej wagi, bidonu, zapasowej dętki – spowalnia cię bardziej niż na płaskim, bo przy niskich prędkościach typowych dla podjazdu opór powietrza jest niewielki i cała praca idzie na pokonanie grawitacji. Dlatego na stromym podjeździe kolarz ważący 70 kg i dający 250 W wyprzedzi cięższego o 15 kg rywala, który wykręca 280 W. Nie da się tego przeskoczyć techniką.

Druga zmienna to moc, którą jesteś w stanie utrzymać przez cały czas trwania podjazdu, a nie tylko przez minutę. Moc szczytowa z pięciu sekund nie pomoże na dwudziestominutowym wzniesieniu – potrzebujesz mocy progowej, czyli takiej, przy której stężenie mleczanu w mięśniach stabilizuje się na stałym poziomie. U amatorów najczęstszym błędem jest startowanie zbyt agresywnie: pierwsze dwie minuty jadą na 110-120% progu, potem spadają poniżej 80% i resztę podjazdu ciągną na sile woli. Gdyby ruszyli o 10-15% ciszej, całkowity czas byłby krótszy, bo nie musieliby zwalniać w połowie.

Trzecia rzecz to rozłożenie wysiłku – największy rezerwuar czasu, jaki masz pod ręką. Przez pierwsze 30-60 sekund podjazdu twój układ tlenowy jeszcze nie zdążył się rozkręcić, więc organizm sięga po fosfokreatynę i glikolizę beztlenową. Jeśli w tym momencie wciśniesz maksa, narobisz długu tlenowego, który będziesz spłacał przez resztę wzniesienia. Zamiast tego wjeżdżaj w pierwsze 30-40 sekund tempem, które czujesz jako „niespecjalnie męczące” – dopiero potem stopniowo dodawaj. Różnica w odczuciu bywa zaskakująca, a w czasie realna.

Kadencja pod górę: skąd się wzięła zła rada

Od lat powtarza się, że na podjeździe trzeba kręcić wysoko, bo chroni kolana i oszczędza siły. Tymczasem badania nad efektywnością ruchu wskazują, że najwyższa sprawność metaboliczna przypada w przedziale około 40-85 obr/min – i to dotyczy również jazdy pod górę. Na podjazdach kadencja naturalnie spada w porównaniu z płaskim, bo wzrasta opór, a siła nacisku na pedały musi być większa. W badaniach na wytrenowanych kolarzach 60 obr/min bywało efektywniejsze niż 90 obr/min, także na stromych odcinkach. Nie oznacza to, że każdy ma jechać na 60 – ale że rada „kręć jak najwięcej” nie ma pokrycia w fizjologii.

Swobodnie wybierana kadencja podczas jazdy po płaskim wynosi zwykle 80-100 obr/min. Pod górę ten zakres przesuwa się w dół, bo układ nerwowo-mięśniowy sam szuka kompromisu między siłą a częstością skurczów. Optymalna kadencja rośnie wraz z mocą – orientacyjnie o 8-13 obr/min na każde dodatkowe 100 W. To oznacza, że zawodowiec jadący pod górę z mocą 400 W naturalnie będzie kręcił wyżej niż amator jadący 250 W. Jeśli próbujesz naśladować jego rytm na swoim poziomie mocy, wciskasz wyższe obroty, które zwiększają przepływ krwi przez mięśnie bez realnego przyrostu prędkości – po prostu męczysz się bardziej.

Jak znaleźć swoją kadencję? Na treningu wybierz podjazd o stałym nachyleniu (około 5-7%) i jedź go trzy razy, za każdym razem na innym przełożeniu. Pierwszy na wysokiej kadencji (90-100 obr/min), drugi na średniej (70-80 obr/min), trzeci na niskiej (55-65 obr/min). Przy tym samym tempie jazdy porównaj odczucia: przy którym wariancie oddech był płytszy, a nogi mniej paliły? To twoja strefa. Nie szukaj jednej liczby do końca życia – zmienia się z formą i nachyleniem – ale ustawienie na 60-80 obr/min na większości amatorskich podjazdów działa lepiej niż gonienie za 90.

Interwały, które faktycznie coś dają

Żeby pod górę jechać szybciej, musisz podnieść moc progową. Najskuteczniejszym narzędziem są interwały na podjeździe – i nie chodzi o losowe szarpanie, tylko o konkretny schemat. Wybierz wzniesienie o nachyleniu około 5-7% i długości 5-10 minut jednego powtórzenia. Wykonaj 3-5 powtórzeń z intensywnością odpowiadającą 88-95% twojego progu mleczanowego. Przerwa między powtórzeniami to około 5 minut lekkiego pedałowania – i tu kluczowa sprawa: u początkujących pełny zjazd na luzie działa lepiej niż skrócona pauza.

Dlaczego? Bo jeśli oddech i tętno nie wrócą do spokojnego poziomu, każde kolejne powtórzenie zaczynasz z długiem tlenowym, który zmusza do obniżenia mocy. W efekcie zamiast trenować na 90% progu, jedziesz na 75% – a to już nie jest bodziec do adaptacji. Lepiej zrobić cztery solidne powtórzenia na 90% progu niż sześć na 75%. Zjazd daje też okazję do kontroli techniki: ustaw ciało w pozycji aerodynamicznej, rozluźnij ramiona, weź kilka głębokich oddechów.

Nie wchodź w taki trening częściej niż dwa razy w tygodniu i nigdy na zmęczonych nogach. Jeśli we wtorek zrobiłeś długi wyjazd w góry, a w środę planujesz interwały, przełóż je na czwartek. Trening na zmęczonych nogach spada poniżej progu i nie rozwija mocy, tylko pogłębia zmęczenie. Z własnej praktyki wiem, że kolarze, którzy dają sobie dzień lub dwa regeneracji przed interwałami, po czterech tygodniach widzą wzrost mocy progowej o 5-8%, a ci, którzy wciskają je na siłę co drugi dzień, stoją w miejscu albo się cofają.

Siła w nogach a siła na podjeździe

Trening siłowy nie zastąpi kilometrów na rowerze, ale na pewno je uzupełni – pod warunkiem że wiesz, czego szukać. Na podjeździe nie pracuje maksymalna siła jednorazowa, tylko wytrzymałość siłowa, czyli zdolność do utrzymywania umiarkowanego nacisku na pedały przez dłuższy czas. Przysiad z ciężarem 150 kg raz nic ci nie da, jeśli nie jesteś w stanie powtórzyć tego wysiłku 200 razy w ciągu 10 minut. Dlatego w siłowni bardziej opłaca się robić serie po 12-20 powtórzeń z ciężarem, który pozwala na kontrolowany ruch, niż serie po 3-5 z maksymalnym obciążeniem.

Kiedy siłownia daje najwięcej? Zimą, gdy objętość na rowerze spada, i u osób z historią problemów z kolanami lub plecami. Wzmocnienie mięśni stabilizujących miednicę i tułów poprawia przenoszenie siły na pedały bez strat energii na boczne ruchy. Z własnej praktyki: podopieczny, który przez trzy miesiące zimy robił dwa treningi siłowe w tygodniu, w marcu wjechał na swój referencyjny podjazd 15 sekund szybciej bez zmiany mocy progowej – po prostu lepiej wykorzystywał waty, które już miał.

Nie łącz treningu siłowego z interwałami pod górę w jednym dniu – to przepis na przeciążenie układu nerwowego. Trzymaj je w osobnych blokach: siłownia rano, rower popołudniu albo dzień po dniu. Tu nie chodzi o rozpisanie planu siłowego (to temat na osobny tekst), ale o zasadę: jeśli czujesz, że nogi „nie idą” na podjeździe mimo dobrej formy, prawdopodobnie brakuje ci wytrzymałości siłowej, a nie mocy tlenowej.

Technika: kiedy wstać z siodła

Pozycja stojąca angażuje mięśnie pośladkowe i prostowniki grzbietu w większym stopniu niż siad, bo ciężar ciała spoczywa na pedałach, a nie na siodełku. To pozwala na chwilowe zwiększenie mocy – przydaje się przy zmianie rytmu, na stromych fragmentach powyżej 10% i gdy trzeba przeskoczyć korzeń albo kamień. Jednak pozycja stojąca kosztuje więcej tlenu: zwiększa się powierzchnia oporu, pracuje więcej mięśni stabilizujących, a oddech staje się płytszy. Jeśli stoisz dłużej niż 20-30 sekund na podjeździe poniżej 8%, tracisz więcej energii, niż zyskujesz siły.

Praktyczna reguła: wstawaj tylko na fragmentach, na których w siodle kręcenie spada poniżej 50 obr/min albo gdy czujesz, że mięśnie czworogłowe zaczynają palić i potrzebujesz zmienić obciążenie na pośladki. Nie wstawaj, żeby „odpocząć” – stojąc nie odpoczywasz, tylko przenosisz zmęczenie w inne miejsce. Gdy jedziesz długi, jednostajny podjazd (powyżej 10 minut), lepiej zostać w siodle i pracować nad równym tempem, dzieląc wzniesienie na trzyczęściowe odcinki: pierwszą trzecią lekko poniżej progu, drugą na progu, ostatnią na progu plus 5-10%.

Zwracaj też uwagę na górną część ciała. Trzymaj dłonie na górze kierownicy, a nie na kropli – to otwiera klatkę piersiową i ułatwia oddychanie. Łokcie lekko ugięte, ramiona rozluźnione. Jeśli po 5 minutach podjazdu czujesz napięcie w karku, oznacza to, że przenosisz siłę na kierownicę zamiast na pedały. Na dłuższych wzniesieniach wygrywa równe tempo, a nie szarpanie – to najprostsza prawda, którą widzę na każdym wyścigu amatorskim. Ten, kto potrafi utrzymać stałe 280 W przez 15 minut, wyprzedzi tego, kto szarpie 400 W przez minutę, a potem spada do 200.