Są liczby, które trzeba przeczytać dwa razy. 620 kilometrów w 15 godzin i 10 minut, przy średniej około 41 km/h. Tyle zajęło Grzegorzowi Szczechli przejechanie Wisły od źródeł do ujścia – w jeden dzień, między wschodem a zachodem słońca 17 lipca.
Jest jednak druga liczba, znacznie ciekawsza od pierwszej. Średnia moc na tym dystansie wyniosła nieco ponad 250 watów. Dla kogoś, kto trenuje z mocomierzem, to zestawienie brzmi jak pomyłka – bo 250 W to wartość, jaką niejeden zaawansowany amator utrzyma na dłuższym dystansie. Tyle że nie przy 41 km/h. I właśnie w tym miejscu zaczyna się najciekawsza część tej historii.
Wyścig ze słońcem
Wystartował o piątej rano spod źródeł Wisły, w miejscu gdzie łączą się potoki Czarna i Biała Wisełka. Metą była Wyspa Sobieszewska, czyli ujście rzeki do Bałtyku. Dojechał około dwudziestej dziesięć, mając ponad godzinę zapasu przed zachodem słońca o 21:26.
Akcja nosiła nazwę „Wyścig ze słońcem” i nawiązywała do patrona szkoły, w której Szczechla uczy – Mikołaja Kopernika. Hasło mówiło, że nie dał się dogonić słońcu. Przez dużą część trasy utrzymywał tempo w okolicach 43 km/h. W połowie dystansu zaczęły dokuczać mu stopy, ale nie przerwał jazdy.
Najlepszy zapis tego, jak wyglądały ostatnie godziny, został na jego profilu. Wpis publikowany przez ekipę wspierającą na 600. kilometrze mówi wszystko o tym, w jakim stanie był wtedy zawodnik: „Grzegorz już jedzie resztkami sił. Mamy do mety ok. 20 km. Robimy co w naszej mocy, support też działa na pełnych obrotach”. I zapowiedź mety na 19:50, ostatecznie przesunięta o dwadzieścia minut.
Sprzęt: to nie był rower szosowy
Szczechla pojechał na rowerze triathlonowym z przystawką czasową – tak zwaną lemondką, od nazwiska Grega LeMonda, który w 1989 roku wygrał dzięki niej Tour de France różnicą ośmiu sekund. Do tego koła aero o wysokim profilu i pozycja dopracowana pod kątem oporu powietrza, a nie komfortu.
To rozróżnienie jest tu istotniejsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Przy prędkościach powyżej 35 km/h opór powietrza odpowiada za mniej więcej 80-85 procent całego oporu, z jakim walczy kolarz. Toczenie opon i tarcia w napędzie to reszta. Innymi słowy: przy takim tempie nie ścigasz się z masą roweru ani z podjazdami, tylko ze ścianą powietrza.
Pozycja na lemondce zmniejsza powierzchnię czołową kolarza dramatycznie. Przedramiona ustawione równolegle, barki ściągnięte do środka, plecy spłaszczone, głowa schowana między ramionami. Jest niewygodna, ogranicza pole widzenia i wymaga wyćwiczenia, żeby dało się w niej wytrzymać godzinami. Za to działa.
250 watów, czyli ile jest warta aerodynamika
Policzmy, co te 250 W oznaczają w praktyce. Poniższe wartości to szacunek z modelu oporu, przy założeniach: teren płaski, bez wiatru, masa całkowita około 80 kg, dobre opony, sprawność napędu 97 procent. Zmienną jest tylko CdA, czyli iloczyn powierzchni czołowej i współczynnika oporu – liczba opisująca, jak bardzo jesteś „ścianą” dla powietrza.
| Pozycja | CdA | Moc na 41 km/h | Prędkość przy 250 W |
|---|---|---|---|
| Rower czasowy, dobra pozycja | 0,23 | ok. 245 W | ok. 41 km/h |
| Szosowy, dłonie na dolnym chwycie | 0,30 | ok. 310 W | ok. 38 km/h |
| Szosowy, dłonie na klamkach | 0,33 | ok. 335 W | ok. 37 km/h |
Pierwszy wiersz zgadza się z rzeczywistością niemal co do wata: przy dobrze ustawionej pozycji czasowej utrzymanie 41 km/h kosztuje mniej więcej tyle, ile Szczechla realnie wkładał w pedały.
Teraz najciekawsze. Te same 250 watów na zwykłym rowerze szosowym dałoby około 37-38 km/h. Na dystansie 620 kilometrów to różnica rzędu półtorej godziny – zamiast 15 godzin i 10 minut wychodzi grubo ponad 16 godzin. A skoro całe przedsięwzięcie polegało na tym, żeby zdążyć przed zachodem słońca, ta półtora godziny była różnicą między sukcesem a jazdą po ciemku.
Można spojrzeć na to z drugiej strony. Żeby na szosówce wykręcić ten sam czas, trzeba by utrzymać 310-335 watów przez piętnaście godzin. To jest poziom mocy, którego nie utrzyma przez tyle czasu nikt – łącznie z zawodowcami. Nie chodzi więc o to, że sprzęt „pomógł”. Chodzi o to, że bez tego sprzętu ten przejazd po prostu nie byłby wykonalny, niezależnie od formy.
Kto to zrobił
Grzegorz Szczechla na co dzień uczy biologii w II Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Cieszynie, mieszka w Ustroniu. Sportowo ma za sobą dorobek, który tłumaczy, skąd zdolność do utrzymania tej pozycji i tej mocy przez piętnaście godzin:
- mistrz Europy w kolarskim ultramaratonie w formule 12-godzinnej – w maju 2026 w chorwackim Oriovacu przejechał 504 km,
- rekordzista Polski w everestingu,
- wielokrotny mistrz Polski w biegach przeszkodowych (OCR),
- 12. miejsce w kategorii PRO na mistrzostwach świata Spartan Ultra w 2024 roku.
Sam podsumował przejazd zdaniem, które mówi o skali wysiłku więcej niż tabelka z danymi: mistrzostwo Europy było niczym w porównaniu z tym, co udało się zrobić tego dnia razem z ekipą wspierającą.
Nie chodziło o rekord
Przejazd był połączony ze zbiórką na fundusz stypendialny dla uczniów jego liceum. Pierwotny cel wynosił 20 tysięcy złotych. W dniu przejazdu licznik pokazywał 40 tysięcy, kilka dni później przekroczył 100 tysięcy przy ponad tysiącu wpłacających. Szczechla tłumaczył to prosto: codziennie widzi młodych ludzi z pasją i marzeniami, a inwestycja w młodzież jest inwestycją we wspólną przyszłość.
Co z tego wynika dla amatora
Średniej 41 km/h przez piętnaście godzin nie odtworzy żaden amator i nie ma co udawać inaczej. Ale wniosek sprzętowy z tej historii jest przenośny i wart zapamiętania: powyżej 30 km/h aerodynamika daje więcej niż jakikolwiek inny wydatek. Nie waga roweru, nie karbonowa rama, nie kaseta o dwa zęby szersza.
W praktyce wygląda to tak, że przystawka czasowa za kilkaset złotych plus kilka sesji przyzwyczajania się do pozycji zrobi na długim, płaskim dystansie więcej niż koła za pięć tysięcy. Kolejność wydatków jest zresztą dość powtarzalna: najpierw pozycja, potem strój, dopiero na końcu sprzęt. I jedno zastrzeżenie, o którym łatwo zapomnieć – lemondka mocno ogranicza kontrolę nad rowerem i pole widzenia, więc w grupie i w ruchu miejskim nie ma czego szukać.
Sama jeździłam kiedyś 280 km w jeden dzień i wiem, że po ósmej godzinie problemem przestaje być kondycja, a zaczynają być punkty podparcia: dłonie, siedzenie, stopy. To zresztą tłumaczy, dlaczego u Szczechli odezwały się właśnie stopy – w pozycji czasowej nacisk rozkłada się inaczej niż na szosówce. Jeśli myślisz o własnym długim dystansie, zacznij od porządnego ustawienia pozycji i od stref tętna, żeby nie spalić się w pierwszych trzech godzinach. To dwie rzeczy, które na takim dystansie decydują o tym, czy dojedziesz.


